wtorek, 23 kwietnia 2019

Strajk nauczycieli, czyli czego właściwie chcą te "nieroby"?

Długo zastanawiałam się, czy zabrać głos w sprawie strajku nauczycieli, nie ukrywam również, że miałam nadzieję, iż nie potrwa on tak długo. Zdania są w stosunku do niego bardzo podzielone, jedni przystają i rozumieją protest, inni szykanują, bulwersują się i nie szczędzą wyzwisk. Nie ukrywałam nigdy, że z wykształcenia jestem nauczycielką języka niemieckiego, byłam aktywna zawodowo przez kilka lat, jednak od ponad dwóch nie wykonuję już tego zawodu. Przyczyna była można powiedzieć standardowa - ciąża a potem urodzenie dziecka. Wykorzystałam cały przysługujący mi urlop i de facto mogłam do pracy wrócić już sporo miesięcy temu. Zamiast tego otworzyłam własną firmę (sklep internetowy). Co mnie skłoniło do tak radykalnego przekwalifikowania się? Co sądzę o strajku i czy nauczyciele faktycznie są takimi "nierobami" jak twierdzi wielu?


Zacznijmy od tego, że nauczyciele to jedna z najbardziej konkurujących ze sobą wzajemnie, nieszczera wobec siebie i niesolidarna grupa na jaką trafiłam. Wszystko z reguły odbywa się na oczach i często nawet pod dyktando dyrektora, który mam wrażenie żywi się brakiem jedności grupy swoich pracowników, dzięki czemu każdy, kto chce się mu "podlizać" ma do tego idealne warunki, a dyrektor tym samym wie o wszystkim, bo osoba taka jest skora do wszelkich zwierzeń. Oczywiście niejednokrotnie były podejmowane kroki ku polepszeniu sobie warunków pracy, ale rzadko kiedy nauczyciele są w stanie tak w 100% zjednoczyć się dla dobra ogółu. Zresztą nawet już z oficjalnych źródeł wiemy, że do strajku nie przystąpili wszyscy pracownicy oświaty, a strajkujący bardzo często nie szczędzą uszczypliwości i uwag na temat tzw. "łamistrajków". Jednakże strajk się odbył. Udało się znacznej większości podjąć tę decyzję i faktycznie na dzień dzisiejszy większość szkół i przedszkoli nie realizuje zajęć. 

Od pierwszego dnia wybuchu strajku, zalewają nas główne informacje, czyli żądanie 1000zł podwyżki, a przecież ci nauczyciele tyle zarabiają. Gdzieś przemknęło mi, że nauczyciel kontraktowy (jest to II stopień awansu zawodowego, taki właśnie miałam ja) zarabia 3000zł za pełen etat (18h lekcyjnych). Ustosunkuje się może do tych zarobków krótko - jeśli gdzieś któraś szkoła dałaby mi pełen etat i owe 3000zł to w nosie miałabym bawienie się w zakładanie własnej działalności. Może warto przy tej okazji zatrzymać się na moment i opowiedzieć tym niezwiązanym ze szkołą jak to jest z tym pełnym etatem. Cóż, w trakcie trwania mojej kariery zawodowej jako nauczycielki dotknął nas niż demograficzny. Ilość uczniów diametralnie spadła (pracowałam w szkole ponadgimnazjalnej), a co za tym idzie ilość godzin również. Potrafiło to wyglądać tak: w pierwszym roku pracy 27h (czyli powyżej etatu), a w kolejnym 16h (poniżej etatu). Zatem chcąc wypełnić etat podejmowałam pracę w innych szkołach i po prostu cały tydzień przemieszczałam się z miejsca na miejsce. Mimo wszystko nawet za te 27h ja 3000zł w życiu nie zobaczyłam na oczy, a wzrok mam w porządku. Pomyślicie pewnie - ok, jednak jak ktoś ma umowę na stałe, to przecież musi mieć etat. Nie musi. Organizacja danego roku szkolnego może spowodować redukcję etatu i cóż - godzinki lecą w dół, a bywa także zwolnienie pracownika, jeśli nie ma dla niego godzin. Wówczas przez rok pobiera pensję i to jest jego czas na znalezienie innej pracy. Pół biedy ze mną - w tamtym czasie nie miałam dziecka, zarobki męża pozwalały na godne życie, ale są nauczyciele, którzy niegdyś zaciągnęli jakiś kredyt, mają jakiekolwiek zobowiązania finansowe. Muszą zwyczajnie stawać na głowie, aby znaleźć dodatkowe zatrudnienie i wyjść z opresji.

Ale załóżmy już tą optymistyczną wersję - nauczyciel ma pełny etat, czyli 18h w tygodniu, przed tablicą z kredą w ręku, uśmiechnięty mówi do uczniów, zadając przy tym mnóstwo zadań, a zbulwersowani rodzice mają później ogrom pretensji, że muszą siedzieć z dziećmi i je wszystkie odrabiać. Ja nie mówię - są nauczyciele z powołania i tacy, którym może faktycznie pomyliło się coś w obieraniu swojej życiowej drogi, ale tak jest w każdym zawodzie. Pozwólcie, że dziś skupię się na sobie. W pierwszym roku pracy pełna zapału i chęci przystąpiłam do pracy. Faktycznie lekcje, kontakt z uczniami i energia od nich bijąca, to coś fantastycznego. Fakt, że uczeń, który zarzekał się, iż nie nawidzi niemieckiego, wybiera go jako przedmiot maturalny dodaje skrzydeł. Ale jest jeszcze ogrom rzeczy poza staniem przy tablicy z kredą w ręku. Najpierw trzeba się do tych lekcji przygotować, przejrzeć nieustannie zmieniające się podręczniki, dla każdej grupy uczniów dany temat starać się dostosować, ponieważ sposób jego realizacji często nie jest jednakowy. Zanim przystąpimy w ogóle do prowadzenia lekcji trzeba sporządzić plany dydaktyczne wcześniej zapoznając się z podstawą programową. W każdym razie tak rozkręca się lawina dokumentów, tabelek, sprawozdań, analiz... To się nie kończy. Robicie uczniom diagnozę - musicie ją poddać analizie. Robicie uczniom próbne egzaminy - także analiza. Uczeń z jakąkolwiek dysfunkcją - ocena jego postępów, wnioski i plan dalszej pracy z nim. W zasadzie co nie tkniecie - wymaga to wersji papierkowej. Wychowawstwo super sprawa ktoś by pomyślał. Począwszy na pilnowaniu każdego z nauczycieli, czy wpisał temat, podliczanie godzin (pracowałam na wersji papierowej dziennika, tak, tak, w XXI wieku), szykowaniem zebrań, organizowaniem ich o godz. 17:00, bo rodzicom tak pasuje, odbieranie telefonów (lub SMSów) o przeciwnych porach dnia i nocy, organizowanie wycieczek, na których trzeba całego towarzystwa 24h na dobę pilnować. Do tego rzecz jasna znów tona papierków i przygotowywanie ich na rady pedagogiczne. Na koniec roku wszystkie papierki związane z wychowawstwem, zbieramy w całość i znów robimy wielkie podsumowanie. Układanie testów (niestety te gotowe z wydawnictw krążą po sieci, więc nie widziałam sensu, aby je przeprowadzać), sprawdzanie ich oczywiście po godzinach pracy lub w okienkach między lekcjami (bywało, że na 16 godzin miałam po 10 okienek, wiem, że tak niby nie można, ale jak widać można wszystko).

Zdecydowana większość papierologii i organizacja swojej pracy odbywa się przy komputerze. Służbowy niby jest - stoi w pokoju nauczycielskim, jest zawirusowany, działa tak wolno, że nie sposób włączyć w nim jakiegoś programu, więc trzeba liczyć na swój prywatny. Samochód do krążenia między szkołami także (u mnie ani taksówek ani komunikacji miejskiej nie było, więc nawet jeśli chciałabym tutaj przyciąć koszty - nie dałoby rady). Długopisy, kolorowa kreda, drukarka (aby nie stać nieraz w olbrzymich kolejkach do ksero lub gdy było ono w naprawie), opłacanie sobie szkoleń (trzeba je robić cały czas), oczywiście telefon prywatny, bo rodzice z reguły dzwonią popołudniami/wieczorami to takie wydatki nauczyciela na porządku dziennym. 

Kolejna rzecz, która budzi ogromne poruszenie w społeczeństwie to masa wolnego. Przecież mamy wakacje, ferie... Co my tak do cholery narzekamy? A ja może powiem krótko - chciałabym wziąć urlop wtedy, gdy mam na to ochotę i na wakacje pojechać w listopadzie, gdzie ceny są niższe a ludzi znacznie mniej. Chciałabym o 8h trzasnąć drzwiami w pracy i nie taszczyć jej do domu. Chciałabym w niedzielę wieczorem usiąść obejrzeć film, a nie siedzieć przy biurku planując lekcje na nadchodzący nowy tydzień.

Przejdźmy wreszcie do samego strajku. Otóż nauczyciele nie chcą jedynie podwyżki. Nie bawią się w tym momencie uczniami i nie robią im krzywdy - oni walczą również dla nich. Rodzice narzekają, że mnóstwo pracy dzieci muszą wykonać poza szkołą. Owszem! Gdyż podstawa programowa jest tak dziwnie skonstruowana, że nie wszystko da się gruntownie przekazać uczniowi w szkole. Często jako nauczyciel traciłam godziny przez jakieś przedstawienia, szykowanie się do konkursów, wyjazdy, więc później musiałam gonić, aby wyrobić się z tym, co mam do zrealizowania, bo nie tylko ja rozliczam uczniów - ja także jestem rozliczana. Nauczyciele chcą zachowania jakiegoś porządku, ponieważ został on stopniowo zaburzony. Papierologia nas dusi, ciągłe zmiany wprowadzają ogromny chaos i niechęć ze strony uczniów i rodziców, co przekłada się na ich konflikty z nauczycielami, którzy nie są winni niczemu. Wykonują pod presją i ze strachem o utratę pracy to, co ktoś sobie wymyślił. Absurd zaczyna gonić absurd, nauczycieli pomiata się na oczach uczniów. Dokąd to zmierza nie wiem, ale aż boję się, jak szkolnictwo będzie wyglądać za 5 lat, gdy moja córka na dobre zacznie przygodę z oświatą. Wiele osób pyta mnie, czy wrócę do pracy w szkole. Dotąd odpowiadałam, że jeśli nie będę miała co jeść, to pewnie tak. Teraz myślę, że jeśli jakimś cudem zacznie się w niej poprawiać, jeśli nauczyciel będzie mógł skupić się na tym, co umie najlepiej, czyli na nauczaniu, to może przemyślę tę kwestię mocniej.

2 komentarze:

  1. Wiesz a ja powiem - zjedź na ziemię. Idąc do pracy w szkole - liczysz się z tym, że urlop w lipcu, że paierologia, że niegrzeczni uczniowie...Czy tego nie wzięłaś pod uwagę? To tak jakby lekarz, idąc do pracy w szpitalu był zdziwiony, że ma 24 godzinne dyżury i musi pracować w święta. Więc to jest żaden argument, że Ty chcesz. Idą do pracy sprzątaczki sprzątasz, do pracy w sklepie sprzedajesz a jako nauczycielka uczysz i masz wolne uzależnione od kalendarza szkolnego. Bądźmy poważani i przestańmy żądać gruszek na wierzbie - a to jest właśnie problem tego pokolenia nauczycieli. Mam rodziców nauczycieli, wiem jaka to ciężka praca i odpowiedzialny zawód - i oni nigdy w życiu nie zrobiliby z ucznia zakładnika (to co teraz się dzieje) i nie zostawili swoich uczniów zwłaszcza tych przygotowujących się do matury. Zawsze podkreślali, że ten zawód to pasja, to zapał, tu trzeba lubić uczniów i umieć się z nimi dogadać. Owszem, podwyżki powinny być, zawód jest okropnie niedofinansowany, ale jest pełno innych metod na strajk niż to co się dzieje teraz. Dno dna i 5 metrów mułu. A oni ciągle kopią dalej. I wybacz, ale jeśli transparenty ZNP o treści "1500 na koncie to jak strzał w prącie" nazywasz walką o godność, to ja serdecznie współczuję takiej godności.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyluzuj kochana troszeczkę, przecież tłumacze w poście ze są nauczyciele i nauczyciele. Jednym chodzi o porządek w szkolnictwie i godziwe warunki pracy, a innym tylko i wyłącznie o podwyżkę. W poście pisząc k dodatkowych zajęciach nie miałam na celu użalania się, a zwrócenia uwagi, ze zawód nauczyciel to nie tylko stanie przy tablicy jak myśli spora cześć społeczeństwa. Po drugie zeby moc przy tej tablicy stać, najpierw trzeba mieć godziny, które wypełnia etat, a o nie coraz trudniej w jednym miejscu.

    OdpowiedzUsuń